* Rozdział X *
W pokoju rozległ się wrzask budzika. Było pięć minut przed
siódmą, ale ja nie spałam juz od jakiejś godziny. Denerwowałam się dzisiejszym
dniem. Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do łazienki.
Umyłam zęby, nałożyłam cienką warstwę podkładu, zrobiłam delikatne
kreski eyelinerem. Usta podkreśliłam nieco wyraźniejszą pomadką, ale jej kolor
był jeszcze w granicy wyglądu w pracy.
Włosy upięłam w ciasny kok. Na pierwszy dzień w nowej pracy
wybrałam beżową spódnicę do kolan, w którą wpuściłam szmaragdową, elegancką
koszulę. Całość dopełniły beżowe szpilki od Jimmy' ego Choo. Dostałam je od
Ian'a i Kimberly, i traktowałam jak talizman. Zresztą Kim też, ponieważ
pożyczała je, kiedy tylko miała załatwić coś bardzo ważnego.
O ósmej stałam przed frontowymi drzwiami do budynku banku
Jack Stuart Company.
Dzień pracy upłynął w dość miłej atmosferze, ale może to
dlatego, że był moim pierwszym. Poznałam Dianę. Pracowała w recepcji i wydawała
się bardzo sympatyczna. Była blondynką średniego wzrostu. Miała na sobie dopasowaną
sukienkę, która uwydatniała jej krągłości. Zamieniłam z nią kilka zdań, a
później umówiłyśmy się na lunch.
Mój szef był dojrzałym mężczyzną koło sześćdziesiątki.
Wyglądał dobrze jak na swój wiek, był wysoki i miał przystojną twarz. Jednak
miał w sobie coś, co niepokojąco kojarzyło mi się z kimś kogo już wcześniej widziałam,
tylko nie pamiętałam kim była ta osoba. Może
po prostu pomyliło mi się wszystko i chodziło o jakiegoś aktora? Kolejną
rzeczą, która trochę niepokoiła mnie w jego zachowaniu to fakt, iż nazbyt mi
pomagał. Nie, wpadam w paranoję. Pomagał mi, bo to mój pierwszy dzień, a ja
muszę nauczyć się funkcjonować tu jak najlepiej.
W ciągu kolejnych trzech tygodni przekonałam się, że ten
brak natłoku zadań był tylko "na pokaz" pierwszego dnia, żebym nie
uciekła z krzykiem. Całe osiem godzin istnej harówki. To znaczy nie miałam
okazji spróbować pracy jako górnik czy pracy na budowie, ale moja była bardziej
wyczerpująca niż można by się spodziewać. Lunch zawsze spędzałam w towarzystwie
Diany. Okazało się, że studiowałyśmy na tym samym uniwersytecie. Prezes nie był
aż tak natarczywie pomocny, ale miał jakieś dziwne zapędy. Często patrzył się
na mój tyłek, kiedy kręciłam się po jego gabinecie i "przypadkiem"
dotykał mnie kiedy pomagał przy szukaniu dokumentów. Ponadto kiedy
przychodziłam do pracy oraz, gdy z niej wychodziłam czułam, że ktoś mnie
obserwuje.
Wróciłam do domu około siedemnastej. przebrałam się w strój
do biegania i wyruszyłam na przebieżkę. Przebiegłam przez cały Park Centralny,
w międzyczasie wykonałam kilka skłonów i przysiadów. Przez cały czas czułam na
sobie czyjś wzrok. Ten sam co podczas wypraw do pracy. Kiedy dobiegłam do końca
parku postanowiłam wstąpić do znajdującego sie niedaleko sklepu. Właśnie brałam
wodę mineralną z półki, kiedy usłyszałam za plecami jak ktoś wykrzykuje moje
imię. Odwróciłam się i dostrzegłam, że w moją stronę biegnie złotowłosa
dziewczynka.
-Anabelle!
-Posie! Co ty tu robisz?
-Posie!- usłyszałam też niższy męski głos i przede mną
pojawił się Leo. - O! Anabelle, milo Cię widzieć.
-Cześć.
-Pójdziesz ze mną do ZOO?- zapytała wesoło Posie.
- Och. To miłe, że mnie zapraszasz, ale nie wiem czy dam
radę znaleźć dziś czas.
-Nie, nie chodzi mi o dzisiaj, tylko w sobotę. Leo i Monica
nie chcą mnie tam zabrać. Twierdzą, że zwierzaki mogę sobie pooglądać na
komputerze, bo nie chce im się tyle
chodzić.
-jeżeli w sobotę, to nie mam nic przeciwko. Dawno nie byłam
w ogrodzie zoologicznym.
-Hurra! Dziękuję! Dziękuję!
-Gdzie się spotkamy?- zapytałam.
-Mieszkamy dwie przecznice stąd. Przyjdź i stamtąd
pójdziecie razem- odparł Leo.
-Tak więc do soboty. Pa- pomachałam im i powędrowałam w
stronę kasy.
-Do zobaczenia- odpowiedziała uradowana Posie.
Po powrocie do domu zrobiłam sobie omlet z pieczarkami na
kolację. Mama też dopiero co wróciła.
Przysiadła się do mnie i zamieniłyśmy kilka słów, tak jak to robi matka z
licealistą. Wyglądało to tak, że ona zadawała pytania składające się ze zdań złożonych, a ja udzielałam
wyczerpującej odpowiedzi w postaci słów "tak" lub "nie".
Posprzątałam po sobie i poszłam wziąć kąpiel z bąbelkami. Ukryłam
się w pianie pachnącej olejkiem jaśminowym. Ostatnio częściej brałam
odprężające kąpiele po stresującym dniu w banku. Kłamca! Zawsze bardziej wolałam
leżakowanie w wannie, niż kilkuminutowy pobyt pod natryskiem.
Sprawdziłam szybko skrzynkę mailową. Kilka reklam, jeden od Diany,
która miała być dzisiaj na zakupach i obiecała mi przysłać zdjęcie sukienki
kupionej na jutrzejszy uroczysty obiad u rodziców jej chłopaka. Był też jeden
od Marcusa. Zaczynał mnie denerwować. Tyle tygodni przerwy i później wszystko
się posypało.
W temacie napisał: Dałem
Ci bardzo wiele, oczekiwałem za to tylko małej przysługi. Nie pomogłaś mi...
W środku znajdowało się mnóstwo załączników wypchanych tonami
zeskanowanych rachunków. Przyjrzałam się im dokładniej. Czemu wcześniej nie
wpadłam na to, że właśnie o to mu chodzi? Nie zgadzałam się jedynie z
odsetkami. Miałam problem ze zgromadzeniem tamtej kwoty, a co dopiero mówić o
tak gigantycznych odsetkach. Tym razem nic mu nie odpisywałam.
Położyłam się do łóżka i po raz kolejny zaczęłam czytać
"Anię z Zielonego Wzgórza". Lubiłam czytać tą książkę. Biorąc pod uwagę
wygląd to ja i Ania niewiele się różniłyśmy. Lucy Maud Montgomery napisała tą
książkę w tak magiczny sposób, że chciałam do niej wracać bez względu na wiek.
Historia Ani Shirley bawiła mnie i rozluźniała. Po kilkunastu stronach zasnęłam.

Znalazłam czas w swoim jakże napiętym grafiku by tu zajrzeć :P
OdpowiedzUsuńCiekawa jestem czy ten jej szef naprawdę "coś" od niej chce czy jest taki dla wszystkich pracownic :)