niedziela, 31 maja 2015

"Biblioteka- wersja kieszonkowa"


* Rozdział XII *



Dosłownie jak kadry z filmu...
***
Wychodziłam właśnie z budynku uczelni. Dzień był przepiękny. Pierwsze dni wiosny zaskakiwały pogodą. Słońce świeciło na niebie nieprzesłonionym ani jednym obłoczkiem.
Wyglądałam jak typowy nerd przedstawiany w komediach.  Rude włosy, wielkie okulary na nosie i książki. Pełno książek. Miałam ich ze sobą zdecydowanie za dużo. Dołóżmy do tego moją koordynacje ruchową... Tak, potknęłam się. Powiedzieć, że się przewróciłam to zdecydowanie za mało powiedziane. Ja runęłam. I to w dodatku z hukiem.

I właśnie wtedy się to wydarzyło. Właśnie wtedy spotkałam się z Nim po raz pierwszy.

Marcus pomógł mi wstać, a później pozbierać moją "bibliotekę- wersja kieszonkowa". Zrobiłam się czerwona jak burak. Byłam strasznie nieśmiała. Czas do końcówki pierwszego roku studiów to czas, kiedy ja i moja pewność siebie udawałyśmy, że się nie znamy.

Marcus był niezwykle przystojny. Miał w sobie coś niebezpiecznego. Imponowało mi to wtedy. Fakt, że zwrócił na mnie swoją uwagę ( no dobra, trochę mu pomogłam) pochlebiał mi.

Na początku byliśmy  koleżeństwem, później podążaliśmy w stronę przyjaźni.  Przy nim stawałam się inną sobą. Podobało mi się to, że koleżanki z roku zerkają na nas z zazdrością. No dobra starsze też tak patrzyły. Chociaż cały czas widziałam w ich spojrzeniu coś jeszcze poza zazdrością. Teraz domyślam się, że to było politowanie, współczucie, może ostrzeżenie...

Jakiś czas później zaryzykowaliśmy z miłością i zostaliśmy parą. Początki mi się podobały. Odważniej ukazywałam swoją atrakcyjność.  Duże okulary i wygodne, trochę workowate ubrania zastąpiły soczewki oraz dopasowane, wręcz obcisłe spodnie, krótkie spódniczki czy bluzki z okazałym dekoltem.

Z dostaniem się na uniwerek nie miałam problemu. Moje wysokie wyniki w nauce zapewniły mi pobyt tam oraz stypendium. Mama, która dość sceptycznie podchodziła do moich planów na początku, kiedy okazało się, że nie będzie musiała płacić całej kwoty, przystała na nie. Powiedziała też, że na jej pieniądze muszę sobie zasłużyć moją nauką.

Wszystko szło dobrze, aż do pojawienia się Marcusa. Ostatnie miesiące mojego pierwszego roku jednak zaprzepaściły moją szansę na pieniądze od mamy. Byłam przeciętna, bo zaczęłam imprezować i nie angażowałam się w zdobywanie wiedzy.

Ufałam mu bezgranicznie. Dzięki niemu nareszcie poczułam się doceniona. Mama zawsze była w stosunku do mnie dość chłodna. Nigdy nie rozumiałam co robię źle. Czy kiedyś powiedziałam coś co sprawiło jej przykrość? Może niewystarczająco dobrze się uczyłam? W końcu piątka czy czwórka to nie szóstka. Marcus sprawił, że czułam się kochana. NARESZCIE! NARESZCIE! Kiedyś czytałam w jakimś kobiecym piśmie, że kobieta wybierająca swojego mężczyznę, wybiera takiego, który przypomina jej ojca. ( Wiedząc co było kilka miesięcy później ganiłam się, że tak pomyślałam. Mój tata nie zachowałby się tak. Chociaż... Sama nie wiem... Chciałam wierzyć w to, że jest porządnym facetem. Jednak jedyne co o nim wiedziałam to to, że był i pewnego dnia już go nie było... )

Niebawem miał się zacząć drugi rok moich studiów. Wtedy właśnie popełniłam pierwszy błędny krok. Wtedy właśnie zgodziłam się na pożyczkę od mojego chłopaka. Tłumaczył, że jego rodzice są bogaci i lubią pomagać innym. Oczywiście użył też formułki ' Oddasz jak będziesz mogła". Pomagał mi w płaceniu za studia, za mieszkanie, kupował drogie prezenty, fundował liczne wycieczki. Kilka miesięcy później uznał, że to już najwyższy czas na spłatę długu. I zaczął się koszmar. Ze mną w roli głównej...
***
Zdjęłam z uszu słuchawki i zaszłam na dół do kuchni. Podeszłam do lodówki i wyjęłam butelkę schłodzonej, gazowanej wody.  Woda spływając do żołądka po drodze przyjemnie chłodziła. Orzeźwiała spierzchnięte usta i pobudzała zamglony umysł. Następnie podreptałam do salonu. Wyszukałam jakiś film.  Pomyślałam logicznie i doprowadziło mnie to do wniosku, że najlepszy będzie horror, bo nic tak nie odciągnie moich myśli od Marcusa jak ciekawa historia z dreszczykiem. Mój wybór padł ostatecznie na "Oczy Julii".

Tytułowa Julia walczyła nie tylko ze strachem związanym z grożącą jej ślepotą, ale tajemniczym człowiekiem czyhającym na jej życie. Problem polegał na tym, że morderca, którego widziała, był  niewidoczny dla innych.

To był dobry wybór. Skupiając się na filmie przestałam się dręczyć przeszłością.

Rano obudziłam się na kanapie, cała połamana. Wstałam i rozprostowałam plecy . Kiedy ból ustąpił usłyszałam dziwny dźwięk. Po obejrzeniu takiego horroru jak ten obejrzany przeze mnie w nocy miałam dziwne myśli. Jednak po długim rozmyślaniu doszłam do tego, że po prostu burczy mi w brzuchu. Uśmiechnęłam się do siebie. Postanowiłam natychmiast temu zaradzić. Salon od kuchni dzieliło zaledwie kilka kroków. Przemierzyłam je ekspresowo. Nastawiłam czajnik z wodą, która była niezbędna do przyrządzenia kawy. Otworzyłam drzwiczki lodówki i ze smutkiem stwierdziłam, że nie ma nic do jedzenia .( Jest to całkiem normalne, kiedy lodówka jest po świeżo zrobionych zakupach i wypełniona po brzegi, prawda?)Zdecydowałam się na naleśniki z Nutellą i serkiem śmietankowym.

Kończyłam ostatni placuszek. Nagle coś do mnie dotarło. Przecież wzięłam ostatnio trochę roboty papierkowej do domu. Znów poczułam się jak licealistka, która nie odrobiła pracy domowej.
Popędziłam do swojego pokoju, usiadłam przy biurku i sporządziłam kilka rozliczeń. Ułożyłam włosy, nałożyłam makijaż, ubrałam się. Była ósma pięćdziesiąt pięć, więc złapałam dokumenty i już miałam wychodzić, kiedy mama zatrzymała mnie w progu. Miała na sobie kremowy szlafrok i turban na włosach.

-Dokąd idziesz o tej porze?
-Jak to dokąd?  Do pracy. I już jestem spóźniona.
-Do pracy?
-Tak, do pracy. Od kilku tygodni pracuje jakbyś nie zauważyła.
-Ale w niedzielę?
-O cholera!- wyszłam na kompletną idiotkę. To wszystko przez te wstrętne papiery. Wprowadziły mnie w taki pracowniczy nastrój.
-Bardzo polubiłaś tę pracę.- Mama miała w oczach rozbawienie.

Chwilę później obie śmiałyśmy się do rozpuku. To było takie normalne dla tych wszystkich idealnych matek i córek przedstawianych w telewizji, a takie inne dla nas.

-Przepraszam mamo- Uśmiechnęłam się łagodnie.

  

niedziela, 10 maja 2015

Podeptane marzenia.


* Rozdział XI *




Do końca tygodnia nie wydarzyło się nic niezwykłego. Robota papierkowa i lunche z Dianą stały się rutyną. Szef jakby się nieco zdystansował. Tak jak myślałam- popadam w paranoję. 

W sobotę wstałam dopiero o dziewiątej trzydzieści. Postanowiłam tym aktem uczcić weekend. Na śniadanie przyrządziłam sobie omlet z pieczarkami. W końcu coś co jest bardziej pożywne niż sucharek zjedzony w drodze do centrum. Znalazłam jednak plusy tego trybu życia. Dzięki takim szybkim śniadaniom i joggingu, pomagającym zredukować stres, zrzuciłam kilka zbędnych kilogramów. Chwilę pobawiłam się z Rocky'm, ponieważ poczułam wyrzuty sumienia, że go zaniedbuję ostatnimi czasy. Myślę, że zdołałam go udobruchać mięsnymi przekąskami i drapaniem po brzuszku.

Do spotkania z Posie została jeszcze tylko godzina. Ujarzmiłam swoje włosy i zrobiłam delikatny makijaż. Narzuciłam na siebie koszulkę z flagą Ameryki i szorty. Spacer przez park zajął mi jakieś dwadzieścia minut. Kiedy zapukałam do drzwi poczułam, że drżą mi ręce. Dlaczego się denerwowałam? Może dlatego, że nie masz zielonego pojęcia o zajmowaniu się siedmiolatkami, Głuptasie. Nigdy nie godziłam się na opiekowanie się dziećmi naszej sąsiadki, a tu nagle zgadzam się na wizytę w ZOO z dziewczynką, którą dopiero co poznałam.

Kiedy otworzyły się drzwi, przede mną ukazał się wysoki, smukły mężczyzna o hipnotyzującym spojrzeniu lazurowych oczu.
-Posie! Pośpiesz się!- poganiał siostrę Leo.- Cześć Ana
-Hej- odpowiedziałam na powitanie.
-Miło, że się zgodziłaś, całe pół tygodnia była w skowronkach, bo zgodziłaś się iść z nią do tego przeklętego ogrodu zoologicznego, o który męczyła nas od tygodni.
-Bardzo polubiłam twoją siostrę, więc cała przyjemność po mojej stronie- odparłam z lekką rezerwą.
-Dlaczego wtedy uciekłaś z ogniska?- zapytał przerywając nagle ciszę.
-Anabelle!- zawołała uradowana Posie zbiegając schodkami w holu.
-Porozmawiamy później- poinformowałam bezgłośnie Leo, na co skinął głową.- Witaj Posie!
-Więc jedźmy już- poinformował Leo.

Po dojechaniu na miejsce Leo udzielił mi wskazówek.
- Bawcie się dobrze. Jeżeli będziecie chciały wracać to zadzwońcie. Anabelle po obiedzie podaj to Posie. To bardzo ważne- podał mi fiolkę z jakimiś tabletkami
-Co to?
-Spokojnie, Posie tego potrzebuje, więc proszę Cię, żebyś o tym nie zapomniała. Swoją drogą, bardzo fajnie, że już mnie nie ignorujesz.- Uśmiechnął się delikatnie.
-Ciebie nadal ignoruje. Nie ignoruję Twojej siostry i tylko dlatego z Tobą teraz rozmawiam- Tak, tak Anabelle, to wcale nie przypominało dąsów przedszkolaków. Dziewczyno jesteś taka dorosła.
-Dlaczego Anabelle?- zapytał stojąc z krzyżowanymi na klatce piersiowej ramionami i nadal się uśmiechając.
-Boję się...Przeszłości. A najbardziej chyba tego, że możesz byś jej częścią- spojrzałam w jego oczy i to był wielki błąd, bo od razu poczułam jak do moich napływają łzy. Szybko więc zamrugałam i sięgnęłam do klamki, żeby otworzyć drzwi Posie - Zadzwonię, kiedy ZOO nam się znudzi- Uśmiechnęłam się blado.
  
Wydaje mi się, że zdążyłam go polubić mimo tak krótkiej znajomości. Jednak bałam się sparzyć. W końcu dlaczego nie powiedział mi co robił koło mojego łóżka kilka tygodni temu. Musiał mieć coś na sumieniu.  Nie utrzymywałabym z nim teraz kontaktu, ale polubiłam jego siostrę. Bardzo. Zresztą myślę, że z wzajemnością.
-Pa Leoś! - Posie krzyknęła na odchodnym do brata.
-Więc co najbardziej Cię interesuje Posie?
-Monica czytała mi ostatnio "W pustyni i w puszczy". Podobał mi się ten fragment ze słoniem. Chciałbym tutaj spotkać takiego przyjaciela jak King. Czytałaś tą książkę?
-Mój tata czytał mi jak byłam mała. Niestety, obawiam się, że nie przeżyjesz tu takiej przygody jaką Nel przeżyła z Kingiem. -Brawo Anabelle! Pięknie niszczysz marzenia siedmiolatki, którą polubiłaś i która Ci ufa. - To znaczy, te słonie, które tutaj są, znajdują się w zagrodach, do których nas nie wpuszczą.- uśmiechnęłam się przepraszająco.
-Rozumiem, ale będę mogła sobie wyobrazić, że się z nimi bawię, jeśli je zobaczę.
-W takim razie, na co czekamy?

Ruszyłyśmy w stronę słoni. Po drodze napotkałyśmy ogrodzenia z małpkami. Niezwykle zabawne stworzonka. Mijałyśmy również najróżniejsze gatunki ptactwa, tygrysy, lwy, a także żyrafy. Te ostatnie też przypadły  do gustu mojej młodszej koleżance.
-Ona jest wyższa nawet od Leosia. -zaśmiała się Posie.
-Jeśli będzie ci dokuczał, możesz go nią postraszyć.- wybuchnęłyśmy śmiechem.

Kiedy nasze salwy śmiechu dobiegły końca, poszłyśmy dalej leśną ścieżką. Nareszcie dostrzegłyśmy stado słoni na wybiegu dla nich przeznaczonym.
-Ścigamy się?
-Zgoda! Ostatni stawia deser- zgodziła się dziewczynka.
Pamiętając moją gafę ze zniszczeniem jej marzeń o Kingu, postanowiłam dać jej wygrać. W końcu tylko ja z naszego duetu miałam przy sobie gotówkę.

Po spędzeniu kilkudziesięciu minut przy tych olbrzymich zwierzętach, uznałyśmy z Posie, że pora coś zjeść. Postawiłyśmy na "zdrowe" jedzonko. No dobra, myślcie co chcecie, ale ryba z frytkami, nie jest aż taka niezdrowa. Ryba to ryba, a frytki to poniekąd warzywa. I wszystko popijałyśmy coca- colą. Jakżeby inaczej? Później czekał nas deser. Zdecydowałyśmy się na szarlotkę na ciepło z lodami. Tak jak prosił jej brat, podałam małej lekarstwa.
- Mama, Leoś i Monica mówią, że mam wielkie serduszko- zagadnęła.
- Jesteś najwspanialszą i najukochańszą siedmiolatką, jaką kiedykolwiek poznałam.
-Czy to znaczy, że jeśli skończę osiem lat już nie będziesz mnie lubiła?
-Nie, Głuptasie!
-To dobrze, bo ja też nadal będę cię lubiła, nawet jak skończysz..yyyy. Właściwie ile masz lat?
-Za dwa miesiące skończę dwadzieścia pięć.
-Pójdziemy na plac zabaw? Jest taka ładna pogoda. Czy już gdzieś się umówiłaś?
-Chodźmy. Dzisiejszy dzień mam zarezerwowany dla Ciebie.

Do końca dnia czas upłynął strasznie szybko. Nadszedł jednak moment, kiedy musiałam zadzwonić do Leo, bo zrobiło się późno. Odwiózł mnie pod dom. Z Posie umówiłyśmy się, że w przyszłym tygodniu wyskoczymy do kina na "Kopciuszka". Już odchodziłam w stronę drzwi, kiedy Leo krzyknął przez uchyloną szybę:
-Nie musisz się bać. Zaufaj mi.
-Nikomu nie ufam w stu procentach. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu- pobiegłam na górę do swojego pokoju. 
Założyłam na uszy słuchawki i padłam na łóżko. Wspomnienia zaczęły mi stawać przed oczami jak kadry z filmu...