sobota, 28 lutego 2015

Przyjaciele.

* Rozdział IV *



Powiedziałam im , że nie chcę teraz o tym rozmawiać i zdezorientowana wybiegłam.

-Anabelle!- usłyszałam Kim za plecami. Czułam jak łzy napływają mi do oczu. Wzięłam głęboki wdech, żeby się uspokoić i zaczęłam biec w stronę parku. Jednak na darmo, bo Kimberly chwilę później trzymała mnie za rękę.

-To jeszcze za wcześnie...-ledwie dokończyłam i poczułam jak potok łez spływa mi po policzkach.

Na szczęście moja przyjaciółka tylko mocno mnie przytuliła i nie zadawała więcej pytań.

-Nie wymigasz się, prędzej czy później będziesz musiała opowiedzieć mi, dlaczego tak postąpiłaś.- powiedziała szeroko się uśmiechając.

Później nie wracałyśmy do tego tematu. Przechadzaliśmy się z Ian'em i Kim po okolicy tak długo, że zaczęło się ściemniać. Odprowadzili mnie do domu, ponieważ nigdy nie lubiłam chodzić sama nocą.

Kiedy dotarliśmy do mojego domu Ian wprosił się na herbatę malinową. Kimberly próbowała wybić mu ten pomysł z głowy, jednak nie dawał za wygraną. Mi to nie przeszkadzało. W progu powitał nas Rocky.  

Weszliśmy do kuchni. Nalałam wody do czajnika, który w następnej kolejności postawiłam na kuchence. W międzyczasie mój spostrzegawczy przyjaciel dorwał karteczkę leżącą na wyspie kuchennej.

-"Córeczko, wyszłam ze znajomymi na miasto. Rozumiesz, że muszę czasami odpocząć od pracy. Baw się dobrze i uważaj na Siebie. Mama". -przeczytał Ian, po czym dostał od Kimberly po łapach.

Rozbawiło mnie ich zachowanie, jednak byłam wściekła, że to kolejny piątek, który będę musiała spędzić w domu sama.

-Mam genialny pomysł!- wrzasnęła nagle Kim.

-Zaczynam się bać...- zaśmiał się Ian.

-Chodźmy potańczyć!- entuzjazmowała się dziewczyna.

-To nie jest taki zły pomysł- powiedziałam po głębszym przeanalizowaniu tej propozycji.- Skoczę tylko się przebrać, zaczekajcie..

-Ian zaczekaj tu na nas, zalej sobie herbatę i pobaw się z psem. Anabelle, mogę coś pożyczyć?- pobiegła za mną Kim.

Nie miałam nic przeciwko. Nosiłyśmy ten sam rozmiar. Moje ubrania na Kimberly leżały zupełnie inaczej niż na mnie. Za pewne było to spowodowane jej krągłościami, które znajdowały się na właściwych miejscach.

Wychodząc spod prysznica zauważyłam, że moja przyjaciółka nie miała większego problemu z dobraniem sobie ubrań na dzisiejszy wieczór. Szarooka szatynka pożyczyła ode mnie czarną dopasowaną sukienkę, odsłaniającą sporą część dekoltu. Krótka sukienka odsłaniała  jej długie opalone nogi, na których znajdowały się moje czerwone szpilki. Jak tylko skończyłam ją lustrować, zabrałam się za penetrowanie mojej garderoby. Przeszukując kolejne półki i wieszaki natknęłam się na koszulkę Marcusa- mojego byłego chłopaka. Po chwili namysłu rzuciłam ją w kąt. Postanowiłam, że tylko psuje sobie humor, tym zbędnym myśleniem. 


niedziela, 22 lutego 2015

Przemoknięta.


*** Rozdział III ***



-Oszalałeś Ian.- wrzasnęłam.
-Przestraszyłeś nas braciszku- dodała Kim.
-Myślę, że wśród nas jest ktoś, kto  o wiele bardziej nas przestraszył.-powiedział i spojrzał w moją stronę.
-Ian ma rację. Strasznie nas zmartwiła twoja wizyta w szpitalu.-poparła go KImberly.

To rodzeństwo było cudowne. Inne niż wszystkie, o których słyszałam. Ian i Kim prawie wogóle się nie kłócili, a jeżeli już to nie gniewali się na siebie dłużej niż godzinę. Spędzanie z nimi czasu to przyjemność, której nigdy nie miałam dość. Nie lubiłam jednak, gdy mieli rację w sprawie dotyczącej mojej osoby.
Jeszcze długi czas siedzieliśmy w parku, kiedy zaczął padać deszcz. Moja przyjaciółka była przygotowana na ewentualne załamanie się pogody, a ja sądziłam, że deszcz jest dziś niemożliwy. Gdyby nie śpieszący z pomocą Ian i jego skórzana kurtka, pewnie przemarzłabym na kość.
Biegliśmy tak szybko jak dzieci ścigające się po lizaka. W końcu znaleźliśmy się w budynku starej kamienicy, którą przerobiono teraz na pizzerię. Zdyszani, pozbyliśmy się mokrych okryć i zajęliśmy miejsca w rogu sali.
Kiedy czułam, że nie zmieszczę ani kawałka więcej, oparłam się wygodniej na krześle i przyglądałam się dwóm bardzo ważnym osobom w moim życiu.
W chwili, gdy skończyli jeść padło pytanie, którego w ostatnim czasie obawiałam się najbardziej.
-Dlaczego to zrobiłaś?



***
Przepraszam, że rozdział jest taki krótki. Byłam dość zajęta w tym tygodniu. Postaram się to wynagrodzić następnym rozdziałem w przyszłą sobotę. Mimo wszystko proszę o komentarze :) 

sobota, 14 lutego 2015

Dom, słodki dom.


 *Rozdział II*




Nareszcie w domu. Lubię tu przebywać, chociaż zastanawia mnie, po co tak duży metraż dla dwóch kobiet.
Tego ranka obudził mnie Rocky- mój pies rasy basenji. Dzięki niemu nie miałam wątpliwości, że znajduje się w moim małym przytulnym pokoiku. Ciepło żółtych ścian i fototapeta z wizerunkiem Nowego Jorku na ścianie za mną w niczym nie przypominały miejsca, gdzie obudziłam się jeszcze wczoraj.
Przytuliłam mojego czworonożnego przyjaciela i chwilkę się z nim pobawiłam. Rocky zawsze poprawiał mi humor. Kiedy pobiegł na dół, uznałam, że powinnam wziąć orzeźwiający prysznic.
Po piętnastu minutach byłam już odświeżona. Weszłam do mojej garderoby i przypomniałam sobie natychmiast, dlaczego mamy taki wielki dom. Miałyśmy z mamą ogromną kolekcję ubrań, z którą strasznie trudno było nam się rozstać, więc ciągle rosła.
Podeszłam do półki ze spodniami i wzięłam ciemne dżinsy, wychodząc z tego pomieszczenia złapałam pierwszą- lepszą, szarą bluzkę na długi rękaw. Ubrałam się i zeszłam do kuchni.
Dom był pusty. Mama wróci koło osiemnastej. Włączyłam radio i zaczęłam krążyć po kuchni. Moją uwagę przykuł zamek na jednej z górnych szafek. Jak tylko otworzyłam szafkę obok, byłam już pewna tego, co znajduje się w zamkniętej szafce....

***

Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie do drzwi. Kogo niesie tak wcześnie? No tak, mogłam się tego spodziewać. Rozmowa z mamą mi się upiekła, ale z Kimberly nie będzie tak łatwo.
Znamy się odkąd tylko pamiętam. Nasza przyjaźń przetrwała wszystkie próby, na które został tylko wystawiona.
Zaraz się zacznie- pomyślałam otwierając drzwi.
-Zwariowałaś?!- powitała mnie przyjaciółka.
-Mi też miło Cię widzieć Kim.
-Jak mogłaś, przecież wiesz, że jesteś dla mnie jak siostra- wyrzuciła z siebie, po czym przytuliła mnie tak mocno, że aż zabrakło mi tchu.
-Kim, nie chcę żebyś miała mnie na sumieniu- wypowiedziałam na bezdechu.
-Wariatka!- odparła i wybuchnęłyśmy śmiechem.
Śmiałyśmy się tak dobre kilka minut. Kiedy burczenie w moim brzuchu przerwało nam te salwy śmiechu, postanowiłyśmy wrócić do kuchni i zjeść porządne śniadanie.
Byłam tak niesamowicie głodna, że nie fatygowałam się z przygotowaniem jakiegoś wykwintnego posiłku. No chyba żeby uznać kanapki z szynką za wykwintne. Po zjedzeniu śniadania, którego nie powstydziłby się szef kuchni, razem z Kim wybrałyśmy się na spacer. Na szczęście nie rozmawiałyśmy o wydarzeniach z ostatnich dni.
Pochłonięte ploteczkami, nie zauważyłyśmy, że od dłuższego czasu ktoś idzie za nami krok w krok....





***
Zostaw jakiś motywujący komentarz. ;)

sobota, 7 lutego 2015

Mama.





* Rozdział I*



Następnego dnia ujrzałam ten sam chłód błękitu. Nadal byłam w szpitalu. Jednak coś się zmieniło.  Na stoliczku przy moim łóżku stał malutki bukiecik białych różyczek, ale nie tylko to uległo zmianie, na kanapie, którą zauważyłam dopiero teraz (może dlatego, że jest w podobnym do ścian zimnym, niebieskim odcieniu), siedziała moja mama. W momencie kiedy ją dostrzegłam, przebudziła się i odgarnęła za ucho kosmyk ciemnokasztanowych włosów.
-Cześć skarbie.- rzuciła po chwili.
Zaskoczył mnie jej ton. Wydawało mi się, że w takiej sytuacji będzie on bardziej przyprawiający o dreszcze moją brzoskwiniową skórę.
-Mamo ja...- zaczęłam.
-Ciii... Spokojnie Bella- przytuliła mnie, wkładając w to całe swoje serce.
Cieszyłam się, że na razie daruje sobie słuchania moich tłumaczeń, ale do jasnej Anielki mogłaby skończyć z tą "Bellą". Cholera! Czy ja przypominam chcącego żyć wiecznie wampa z ostatniej części "Zmierzchu"? Proste, że nie. Jeżeli żylibyśmy w świecie pełnym nadnaturalnych istot, to już dawno spłonęłabym na stosie. Żywcem! O nie, boli na samą myśl. Gwarantował mi to mój intensywnie rudy kolor włosów i zielone oczy. Stuprocentowa wiedźma. Na szczęście otacza nas rzeczywistość wolna od takich istot i nadmiaru czasu. Ludzie ciągle gdzieś się spieszą.
-Anabelle Johnson!- wyrwała mnie z rozmyślań mama.
Nareszcie, jest już prawie sobą. Stanowcza i oczywiście bardziej oficjalna. Teraz przyjrzałam się jej dokładniej. Miała na sobie ciemnogranatowy kostium, składający się z dopasowanej marynarki i ołówkowej spódnicy, a do tego klasyczna biała koszula i czarne czółenka. Zawsze ubierała się elegancko. Taki jej nawyk wynikający z pracy w korporacji.
-Anabelle!- kolejny raz przywoływała moją uwagę. Jestem dziś taka zamyślona. Może to miejsce sprawia, że tyle spraw poddaje analizie.
Kiedy w końcu odstawiłam moje myśli na bok, mamie udało się przekazać mi wiadomość, że dzisiaj otrzymam wypis i powinnam się już pakować.
 Dwie godziny później, razem z mamą opuszczałam budynek Szpitala Zachodniego. 


 



 Nie zapomnij o komentarzu, który zmotywuje mnie do dalszej pracy. ;)