środa, 25 listopada 2015

Szalenie rozmowny rozdział ;)



 *** Rozdział XV ***


-I ten sześćdziesięcioletni fiut tak po prostu mnie wywalił, rozumiesz?
-Nie rozumiem jego zachowania, ale twoje wzburzenie jak najbardziej- I znów uśmiech w stylu "jestem taki pewny siebie"
-Ale jak on mógł to zrobić??
-Dupek z niego i już
-Ale wywalił mnie bo nie przespałam się z nim, a nie ze względu na nie wykonywanie obowiązków!
-Wierzę Ci. Na pewno znajdziesz jeszcze jakąś dobrą pracę.
-O no pewnie! Ale ja potrzebuję pieniędzy. Teraz!!
- Masz długi? Niezapłacony mandat? Czy okropnie wielką rodzinę, dla której musisz kupić gwiazdkowe prezenty?
-Nie mam ani długów, ani niezapłaconego mandatu!- no bo właściwie nie mam długów, co tam pogróżki Marcusa, pfff...- Jeśli zaś chodzi o rodzinę to w sumie nie jest jakaś super wielka. Chodzi mi raczej o to, że życie tutaj nie należy do najtańszych, zresztą przecież wszędzie tak jest.
-Hej! Zaczynasz filozofować i przerażasz mnie tym, że życie nie jest tanie!- Trzy...Dwa...Jeden... Szeroki uśmiech.
-Oj weź!- to musiało się skończyć żartobliwą sójką w bok- Wiem!- Uwaga, uwaga Anabelle oświeciło.- Będę pracować tutaj! Co jest trudnego w byciu barmanką?
-Musisz..
-No wiem, ładnie wyglądać, ale nie jestem przecież taka brzydka. Trochę różu na policzki i innych magicznych substancji, które stworzą ekstra ślicznotkę. I tak, wiem, jestem cholernie narcystyczna, ale tylko dzięki Jackowi Danielsowi.
-Chodziło mi raczej o to, że musisz..- znów mu przerwałam
-No wiem, krzątać się po sali seksownie kręcąc biodrami, ale przecież to dosyć proste.
-Potrzebna jest też umiejętność sporządzania drinków jak sądzę.
-Racja, ale to też nie może być trudne. Dam sobie z tym radę.
-Założymy się?
-Nie wierzysz w moje umiejętności??
-W dwa pierwsze punkty już wierzę, ale ten trzeci..
-Niestety nie mamy tego jak sprawdzić...- udawałam, że strasznie mi z tego powodu smutno. Kłamczucha! Doskonale zdawałam sobie sprawę, że zwykła szkocka z lodem będzie trudnością, ale brnęłam dalej
-Barman!- wrzasnął mój kompan, po czym zaczął szeptać w stronę barmana, niestety przez głośną muzykę nie zdołałam usłyszeć o czym rozmawiają. "Na szczęście"  zaraz się dowiedziałam.- No przeskakuj przez bar.
-Po co?
-No jak to po co? Zaraz sprawdzimy twoje umiejętności. Jeżeli przygotujesz drinki tak jak trzeba, ten przesympatyczny barman o imieniu Jerry porozmawia o tobie z szefem, a jeżeli przygotujesz złe drinki to będziesz musiała sama je wypić .
-Pfff...- Dasz radę! Dasz radę! Powtarzałam to sobie niczym mantrę. Przeskoczyłam i podjęłam wyzwanie!
-Na początek coś prostego! Podaj mi jeszcze raz to samo!
-Jacka Danielsa, to proste!- Nalałam bursztynowego płynu do szklaneczki i podałam ją Leo.
Spróbował i się uśmiechnął.
-Całkiem nieźle Ci  poszło, ale spróbuj zarobić na napiwek- wyszczerzył zęby jeszcze bardziej w cwaniackim uśmiechu.
-Czy podać Ci coś jeszcze Skarbie?- zapytałam przesadnie niskim i zachrypłym głosem, który w moim odczuciu miał był uwodzicielski i kuszący.
-Indianapolis
-Och kotku, na pewno nie chcesz znów whiskey? Mieszanie to niezbyt dobry pomysł.- Co to do diabła jest Indianapolis??
-Nie, mam mocną głowę. Mieszanie nie zrobi mi krzywdy.
-Ale ja zrobię! Poddaję się!
-A więc przegrałaś. Ale za przegraną miałaś wypić swój drink, a ty go nawet nie przygotowałaś. Co teraz?
- Możemy zagrać w pięć pytań.
-Zgoda, ale mogę pytać o wszystko, a ty na wszystko odpowiesz szczerze.
-Zgoda, jeśli zadziała to również w drugą stronę.
-Zawsze.
Udaliśmy się w najgłębszy i najbardziej wyludniony kącik sali. Usiedliśmy na czerwonych pikowanych kanapach ustawionych naprzeciwko siebie. Pomiędzy nimi stał kawowy czarny stolik a na nim stalowa popielniczka, w której nadal tlił się niedopałek papierosa. Co za nora! A ja chciałam tu pracować? No dobra wypiłam trochę, to wszystko wina alkoholu, jak zawsze. Chwila... Czy ja sobie przypadkiem nie obiecywałam, że z alkoholem koniec? Niemożliwee... No cóż... Za późno...
-Kto zaczyna?- zapytałam.
-Oczywiście, że ja. To ty przegrałaś.
-A słyszałeś o dżentelmenach, którzy ustępują miejsca kobiecie?
-A kto widzi tu jakiegokolwiek dżentelmena?
-No dobra,  pytaj!
-Więc pytanie pierwsze: Często całujesz nieznajomych?
-Serio? Wracamy do tamtej nocy?
-Miało być szczerze i o wszystko.
-Racja, w takim razie szczerze. Byłeś pierwszym, którego pocałowałam, nie znając wcześniej choćby imienia.
-Spisałem się?
-Tak, masz całkiem fajne imię- Leo zaśmiał się, a z ukrycia wyłonił się dołeczek w jego policzku. - Teraz moja kolej!  Zawsze zabierasz nieznajome dziewczyny do swojego łóżka?
-Co to za dziwne pytanie? Jak bardzo nieznajome?
-Świntuszysz, czy tylko mi się wydaje? Takie, które wcześniej nie powiedziały ci jak mają na imię.
-Uuuu... Takich to mam akurat na pęczki. Zwykle nawet ściągają majtki jeszcze w aucie, ale nie zabieram ich do swojego łóżka.
-Zbok! Miało być szczerze, zdaje się.
-No dobra. Byłaś pierwszą, której imienia nie znałem.
-Chcesz mi tym zaimponować?
-Skądże! Po prostu kupiłem nowe łóżko. - Wybuchłam śmiechem zasłaniając usta dłonią.
-Pytaj dalej.
-Druga runda. Miejsce, do którego chciałabyś pojechać najbardziej ze wszystkich?
-Hmmm.... Wiem, że stwierdzisz, że to okropny banał, ale chciałabym pojechać do Francji do Paryża. Klimat tam jest taki przyjemny. Wszędzie oczekuje się romansu i wogóle jest jakoś tak sielsko . Tam jest po prostu pięknie, a jedzenie jest fantastyczne. Miło wspominam Paryż.
-Byłaś tam i chcesz tam wrócić? Zazwyczaj wymarzonym miejscem jest to gdzie jeszcze nas nie było.
-Jestem dość skomplikowana. Dobra, wiesz, że mnie wylali, ale ja nie wiem kompletnie nic o Tobie. Gdzie pracujesz?
-Jestem mechanikiem, ale czasami dorabiam w dość niekonwencjonalny sposób.
-Jesteś męską prostytutką?! Dlatego powiedziałeś, że dziewczyny, no wiesz... już w samochodzie.
-Nie, to zupełnie nie to. -Najpierw zaskoczony, Leo parsknął śmiechem.  Zaliczam to jakie twoje trzecie pytanie!
- Ale jesteś niemiły. "Zaliczaj" sobie dalej.- Pokazałam mu język i udawałam obruszoną.
-A moje trzecie pytanie brzmi: Dlaczego tak miło wspominasz Paryż?
- Miałam wtedy siedem może osiem lat i byliśmy tam razem z mamą i z tatą. Cała trójka razem. Wspaniałe wakacje, jakiś czas później, właściwie nie więcej niż pół roku zostałyśmy z mamą tylko we dwie. Od kiedy tata się wyprowadził już nie było tak samo. i tak wiem liczyłeś na jakąś pikantną historię o moim gorącym romansie w Paryżu.
-No pewnie. Byłaś bardzo z nim związana, z twoim tatą?
-To twoje czwarte pytanie.
-Wiem.
- Byliśmy strasznie związani. Mama zawsze zachowywała dystans, podchodziła do wszystkiego dość chłodno. Oczywiście nie była nie wiadomo jak oziębła, ale nie mogła równać się z tatą. Mówiłam, że jestem inna. Podczas, gdy zazwyczaj dziewczyny bardziej przywiązane są do mamy, ja wołałam spędzać czas z tatą. Miałam wrażenie, że tylko on jest w stanie mnie zrozumieć. Jestem na niego wściekła, że nie wziął mnie ze sobą! - w tej chwili na mojej twarzy miał ukazać się cień uśmiechu- A ty? Wydajesz się być strasznie związany z Posie. Dlaczego?
- To moja młodsza siostra, to normalne.
-Ale jest między wami ogromna różnica wieku. Nie dogadywałbyś się lepiej z Monicą?
-Wiadomość o tym, że na świat ma przyjść Posie było dla nas ogromną niespodzianka. Nikt nie spodziewał się nowego członka rodziny w tamtym czasie. Jest rozpieszczanym dzieckiem, bo kiedy otrząsnęliśmy się z pierwszego szoku zrozumieliśmy, że jest jak jakiś wspaniały prezent- w jego spojrzeniu dało się dostrzec nostalgię i zalążek smutku- cieszę się, że wszystko się tak potoczyło, co prawda mogłoby być lepiej, ale tak też jest świetnie.
Kiedy tak słuchałam jego opowieści, leżałam na złożonych ramionach opartych na blacie, wpatrzona w niego  i rozpływałam się pod wpływem jego tembru głosu przebijającego się w tłocznym i gwarnym klubie.
-Uwielbiam patrzeć jak razem spędzacie czas to strasznie przypomina mi moje dzieciństwo z tatą- jego intensywne lazurowe spojrzenie skupiło się na moich ustach- Ale nasza rozmowa potoczyła się tak daleko, a ty masz jeszcze jedno pytanie.
-Mogę Cie pocałować?- powiedział to na jednym oddechu, cały spięty, lekko łamiącym się pod koniec głosem.
Cały czas zszokowana jego pytaniem pokiwałam tylko głową. Leo przysunął się do mnie, położył mi dłoń na karku i przyciągnął do swoich ust. Pocałunek był zachłanny, jak gdyby był boją ratunkową dla Leo. Przez kilka minut rozkoszowałam się  pocałunkiem o smaku whiskey i mięty, kiedy gwałtownie się odsunęłam. Wręczyłam pieniądze, które obiecałam wciąż osłupiałemu moim zachowaniem  Leo i wybiegłam tłumacząc się krótko słowami, że nie powinniśmy byli tego robić. Spanikowana opuściłam klub  "Red Wine" i wróciłam do domu sama, chociaż tyle. Jednak finał tego wieczoru i tak ledwie pozwoli mi spojrzeć sobie w twarz. Czemu on chcę to tak strasznie skomplikować ?  


 No i wreszcie udało mi się znaleźć odrobinę czasu :) Muszę przyznać, że brak mi motywacji... Czy ktoś wogóle tutaj zagląda???

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Terapia "Shotowa".


* Rozdział XIV *



Jeżeli jest jego synem to raczej wie o zasadach jakich przestrzega Anthony Greg. Na przykład niezałatwianie spraw biznesowych na wydawanych przez siebie przyjęciach.

Nie rozumiem jednak po co zaprosił mnie mój szef. Stop! Nie! Oczywiście, że rozumiem o co mu chodziło. Musiałabym być patentowaną idiotką by nie rozumieć. Chciał mnie zaciągnąć do łóżka. Nie mam jednak zielonego pojęcia czy to przez alkohol czy już od jakiegoś czasu o tym myślał.
 Głupia Anabelle!

Jeżeli Stuart i Greg się przyjaźnią tak jak mówił Cień, to wątpię w alkoholową teorię, choć z drugiej strony mógł liczyć na przychylność i przymrużenie oka jako przyjaciel.

Swoją drogą gdyby nie Cień, teraz miałabym do rozmyślania o o wiele poważniejszych rzeczach. Tak czy inaczej sytuacja w pracy ulegnie zmianie...

***

Oj uległa. Nawet w dramatycznym stopniu. W poniedziałek atmosfera była o wiele cięższa niż zwykle. Kiedy szłam w stronę swojego biurka, Diana którą mijałam posłała mi ciepły uśmiech, niedocierający do jej oczu. One wyrażały bardziej odległe od niego emocje. Tak jakby smutek, współczucie.

-Cześć Diana!- również się uśmiechnęłam
-Witaj Anabelle!
-Cos się stało?
-Och tak mi przykro.
-Ale o co ci chodzi?
-Pan Stuart czeka na Ciebie w biurze.

Skierowałam się więc w stronę jego gabinetu, mając nadzieję, że to wyjaśni sytuację.

Ta właśnie sytuacja stała się aż nazbyt jasna. Okazało się, że nie wykonuję dostatecznie dobrze swoich obowiązków, przez co przepadają ważne umowy, a to prowadzi do "zakończenia mojej historii w tej firmie".

Poczułam się jakbym zamiast słów otrzymała siarczysty policzek. Jednak nie dałam tego po sobie poznać. Wychodząc z jego gabinetu podążyłam w stronę swojego biurka. Spakowałam moje rzeczy do szarego kartonu. Kiedy skończyłam, zmierzając do wyjścia szłam wyprostowana i z uniesioną brodą, jak gdyby ta praca nic dla mnie nie znaczyła. Raz jeszcze uśmiechnęłam się do Diany.

Wsiadłam do samochodu i wyruszyłam w stronę domu, wybierając jak najbardziej okrężną drogę. Przez cały czas jechałam napięta jak struna.
Po zorientowaniu się, że mamy nie ma w domu, poszłam na górę pod prysznic. dopiero pod strumieniem ciepłej wody pozwoliłam opaść ramionom i łzom zmieszać się z wodą. Podminowana utratą pracy założyłam "piżamę na gorsze dni", czyli długie spodnie w szaro- czerwoną kratę z czarnymi elementami i koszulkę na długi rękaw z wizerunkiem Myszki Miki. Następnie zaległam na kanapie z półlitrowym opakowaniem lodów truskawkowo- czekoladowych. Banał? Być może, ale to naprawdę skuteczne.

O osiemnastej usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam je i okazało się, że odwiedziła mnie Posie ze swoim bratem.

-Hej! Poprosiłam Leo i zarezerwował nam bilety do kina.
-Cześć Posie! Strasznie Cię przepraszam, ale nie dam dziś rady. Miałam okropny dzień.
-W kinie nastrój Ci się poprawi.
-Nie, Posie. Innym razem...
-Mam pomysł!- nieoczekiwanie wtrącił Leo- Będę tu znowu za pół godziny, więc przebierz się i zrób wszystko to co robisz, gdy gdzieś wychodzisz. Kąpiel chyba masz już z głowy.

Dopiero wtedy przypomniałam sobie o moim wdzianku i braku makijażu.

 Po zatrzaśnięciu się za nimi drzwi stałam w miejscu przez kilka minut. Potem ruszyłam do swojego pokoju. Włożyłam czarny top odkrywający plecy i jeansy rurki. Do tego idealnie pasowały czarne szpilki. Wysuszyłam włosy i zrobiłam delikatny makijaż.

Leo zjawił się punktualnie. Nie wiem dlaczego, ale zgodziłam się na to szaleństwo. Jeśli tak dalej pójdzie to skończę w kostnicy z kartką przywieszoną do stopy.

-Kolejny raz złamałam jej serce?- zadałam pytanie, kiedy wyjeżdżał z podjazdu. Leo na chwilę znieruchomiał i za moment znów był rozluźniony.
-Wytłumaczyłem jej, że pójdziecie kiedy indziej.
Nastało długie milczenie, którego już nie mogłam znieść.
-Dokąd właściwie jedziemy?- zapytałam
-Pozbyć się twojego smętnego nastroju.
-To znaczy?
-Zaufaj mi przynajmniej w tej kwestii i zdaj się na mnie.

Dziesięć minut później Leo zaparkował przed budynkiem baru z wielkim neonem "Red Wine".

-Gotowa?
-Tak tylko... Tak.
-Uśmiechnij się, bo nie wpuszczą takiego ponuraka- Leo wyszczerzył swoje białe zęby w uśmiechu w żartobliwym uśmiechu, za co otrzymał sójkę w bok.

Weszliśmy do zapełnionego po brzegi i śmierdzącego dymem papierosowym lokalu. Powędrowaliśmy w stronę baru i usadowiliśmy się na wolnych stołkach.

- Co chcesz do picia?
-Obojętne, byle było mocne.
-No tak... - i znów ten uśmiech.
-Poproszę Jack'a Danielsa i sok pomarańczowy- zwrócił się do barmana
- Serio? Mówiłam, że chcę coś mocnego. Niekoniecznie chodziło mi o to, żeby było to sto procent naturalnego soku.
-Wiem to.
-I dlatego robisz mi na złość?
-Skąd pomysł, że ten pyszny stuprocentowy soczek jest dla ciebie?
-Racja Mądralo, ale jakoś głupio pić mi samej.
-Nie wiem czy już straciłaś wątek od samej atmosfery klubu czy co, ale przyjechałem samochodem. Swoim. Jako kierowca- Uniósł brwi .
-Zdaje się, że miałeś wyciągać mnie z dołka.
-Dlatego pozwalam Ci pic pod moją kontrolą.
-Że co proszę?
-Inaczej użalałabyś się w domu i dalej pożerałabyś te lody. Prowadząc taką terapię nie wbiłabyś się w te spodnie, a to byłaby wielka strata dla populacji mężczyzn. Terapia 'shot- owa" jest dla nich bezpieczniejsza.

Kolejny raz szturchnęłam go w bok.

-Auuć!- powiedział udając, że go to zabolało.
-Zasłużyłeś! No, a teraz zamów coś normalnego do picia. Zapłacę za taksówkę, a twoje cacuszko postoi na parkingu przez noc.
-Cacuszko? Jaka pani uprzejma- uśmiechnął się i za chwilę wołał już  barmana, by złożyć nowe zamówienie.
Kilka kolejek później próbował wyciągnąć mnie na parkiet.
-No chodź, szybko. To moja ulubiona piosenka.
-Co to?- zapytałam, ponieważ nie mogłam rozróżnić słów płynących z głośników nie będących już w najlepszym stanie.
-Nie znam nazwy, ale wiem, że to moja ulubiona piosenka i już- usta rozciągnął w cwaniackim uśmiechu.
-No już dobrze, ale wiem, że  nigdy wcześniej nie słyszałeś tej piosenki
-Jeszcze mi za to podziękujesz.
-Za co?
-Za to, że dbam o twoje jeansy- Zaowocowało to wybuchem śmiechu nas obojga.

Po kilku piosenkach znów opadliśmy na stołki barowe, Leo wykonał jeszcze jeden telefon  i zaczęliśmy rozmawiać trochę bardziej poważnie. 

 Nareszcie dodałam kolejny rozdział ;) Te upalne dni kompletnie pozbawiły mnie pomysłów, ale w końcu spięłam się, przysiadłam i zaczęłam pisać ;) Jutro rozpoczęcie roku, więc piszcie jak minęły wam wakacje ( oczywiście oprócz tego, że niesamowicie szybko) ;) No właśnie, cieszycie się, że już idziemy do szkoły, czy tak jak ja chętnie posiedzielibyście jeszcze trochę w domu?

środa, 8 lipca 2015

Spotkanie biznesowe.


* Rozdział XIII *



Kolejnego dnia niestety mama nie zatrzymała mnie w progu. Nie było to nawet związane z naszymi trudnymi relacjami , to był po prostu poniedziałek. Czy ktoś je wogóle lubi? Ja od zawsze lubiłam tylko te nieliczne poniedziałki, w które przypadały jakieś święta. Dzisiejszy poniedziałek taki nie był. Zwyczajny poniedziałek.

Po powrocie z pracy przekonałam się, że ten poniedziałek jest jednak nie tak zupełnie zwyczajny. To wszystko dzięki Jack'owi Stuartowi- mojemu szefowi. Otóż, poinformował on mnie dzisiaj o spotkaniu w sobotę. Moja obecność jest obowiązkowa. Tym sposobem mój weekend się skrócił.
Do końca tygodnia popołudnia umilały mi wykresy i tabelki, które każdego dnia znajdowały się w mojej "pracy domowej".

W sobotę rano otrzymałam od szefa maila. Napisał, że spotkanie jest w mniej oficjalnej formie. Okazało się, że spotkanie jest przyjęciem z okazji objęcia stanowiska dyrektora Akademii Sportowej przez Anthony'ego Grega. Otrzymałam informację, że na moje konto przelano pieniądze na moją kosmetyczkę (z która wizytę miałam ustawioną o szesnastej), fryzjera (swój czas miał poświęcić mi o osiemnastej) oraz na zakupienie jakiejś eleganckiej kreacji. Zaznaczył, że sukienka ma nie być zbyt wyzywająca, ale nie powinnam kopiować stylu zakonnic.

W załączniku podał adresy osób odpowiedzialnych za mój wygląd dzisiejszego wieczoru. Dodał też, że o dwunastej spotykam się z osobistym doradcom do spraw image'u. Podał też czas innych spotkań upiększających.  Dowiedziałam się gdzie i o której odbywa się impreza.
Wyświetlacz mojego telefonu wskazywał kwadrans po dziewiątej. Zostało mi jeszcze wprowadzenie kilku poprawek do oferty. Byłam zmuszona odwołać kino z Posie. Smutek w jej głosie podczas krótkiej rozmowy telefonicznej rozrywał moje serce na drobne kawałeczki. Obiecałam, że jej to wynagrodzę, zagłuszając tym wyrzuty sumienia.

Po telefonie do Posie stwierdziłam, że okropna ze mnie "najlepsza przyjaciółka". Wykonałam więc kolejny telefon. Tym razem do Kim.

-Anabelle Johnson? Czy mogłaby pani przypomnieć mi skąd się znamy? Nie przypominam sobie pani osoby.
-Naprawdę? Skoro tak, to skąd znałaś moje nazwisko?
-Ponieważ się nie znamy, skłamię, że jestem jasnowidzem!
-Nie gniewaj się Kimberly..
-Dlaczego miałabym się gniewać? Ja tylko nie widziałam się z moją przyjaciółką, poprawka- najlepszą przyjaciółka od ponad dwóch tygodni.
-Też to zauważyłam i pomyślałam, że wykorzystując okazję zakupów z doradcą, mogłybyśmy spędzić trochę czasu razem. Co ty na ten przejaw łaski?
-Zakupy z doradcą ??
-Szczegóły podczas spotkania.
-Dobra! Wybaczam Ci na jakiś czas. O której i gdzie?
Bądź u mnie przed dwunastą. nie spóźnij się!
-Ok. Do zobaczenia.

Podczas zakupów opowiedziałam Kim o dziwnej formie spotkania biznesowego. Doradcą od spraw wizerunku okazał się być chłopak o imieniu Remy. Był może dwa lata starszy ode mnie i mojej przyjaciółki. Zgodził się pomagać mi i Kim za tę samą stawkę.
Po pięciu minutach razem z Remy'm i Kimberly dyskutowaliśmy o "atutach" przechodzących obok mężczyzn i ocenialiśmy ich w skali: od jednego do dziesięciu. Świetnie się bawiliśmy.
Jak tylko rano przeczytałam, że ktoś będzie doradzał mi podczas zakupów, wyobraziłam sobie sześćdziesięcioletnią wytworną damę, która ze mnie będzie chciała uczynić swoją młodszą kopię. Byłam zadowolona z mojej pomyłki.

Jeśli chodzi o sukienkę, mój wybór (no dobra, Remy ją wybrał) padł na dopasowaną, czarną sukienkę przed kolano, z dekoltem w kształcie serca. Dobraliśmy do niej czarne buty z wysoką srebrną szpilką. Moją szyję miała przyozdabiać delikatna srebrna kolia.
Po zakupach we troje udaliśmy się na zdrowy obiad do Burger King'a. Później musieliśmy się rozstać, ponieważ za godzinę czekała mnie wizyta u kosmetyczki, a na drodze o tej porze panował chaos.

Po stu pięćdziesięciu minutach od spotkania z Kim i Remy'm, wyszłam od kosmetyczki. Makijaż lekko podkreślał moje szmaragdowe oczy, za to całą swoją uwagę skupiać na sobie miały moje czerwone usta. Fryzjerka natomiast ułożyła wszystkie moje włosy na prawą stronę. Masa lakieru na nich dodawała mojej głowie "kilku zbędnych kilogramów".

O dziewiętnastej czterdzieści pod moim domem wyrosła limuzyna. Złapałam więc w pośpiechu teczkę z dokumentami dla Anthony'ego Grega.

Kiedy kierowca zatrzymał się przed budynkiem, w którym odbywała się impreza, Jack Stuart czekał przed budynkiem na mnie. Podał mi rękę i pomógł opuścić samochód. Powiedział, żebym zostawiła dokumentu  i odprężyła się, sięgając po drinka.  Wytłumaczył, że szofer będzie stał tu przez cały czas, a Greg nie przyjmie nas od razu, dlatego też nie ma sensu, abym pałętała się z papierami w ręku.

Wchodząc do sali złapał mnie w pasie, po drodze częstował się szampanem i witał z wieloma mężczyznami. Przy każdym używał tej samej formułki: "Witaj! Miło znów Cię spotkać. A to właśnie moja Ana". Normalny człowiek pomyślałby, że wcześniej wspominał o swojej asystentce, ale ja i moja paranoja stoimy na czatach. W jego zachowaniu było coś dziwnego.  A poza tym nie jestem niczyją własnością!

Postanowiłam to później wyjaśnić. Poprosiłam go na bok. Jednak miejsce, które wybrałam, nie było strzałem w dziesiątkę. Powinnam była się już tego nauczyć, że ciemne zakątki to ZŁE miejsca. Stuart przysuwał się coraz bliżej mnie. miałam mdłości kiedy poczułam jego oddech na szyi. Dopadło mnie uczucie obrzydzenia .

Wtedy nagle ujrzałam cień nadziei. Dosłownie Cień. stanął na końcu korytarza, Jack Stuart go nie zauważył. Tajemnicza postać zaczęła zbliżać się ku nam, kiedy ja próbowałam się wyrwać z uścisku szefa. Dopiero po kilku minutach uświadomiłam sobie, że Cień również może nie mieć dobrych zamiarów. Na szczęście się to nie potwierdziło.

-Dobry wieczór, panie Stuart!- odezwał się Cień.
-Co ty tu robisz chłopcze?
-Przechodziłem obok i zauważyłem, że Pani chętnie zaczerpnęłaby świeżego powietrza- Oj zaczerpnęłaby, zaczerpnęłaby...- A ponieważ sam się tam wybieram, pomyślałem, że może zechce mi towarzyszyć.
-Ona jest ze mną i świetnie się bawimy.
-Tak, widziałem. Jednak, czy chciałabyś mi towarzyszyć, ... yyy?
-Anabelle. mam na imię Anabelle i chętnie się przejdę.
-Dziękuję. Będę zaszczycony.

Razem z Cieniem wyszliśmy na taras. Moją twarz otulił tam powiew chłodnego  wieczornego wiatru. Oparłam się o zewnętrzną ścianę budynku i rozkoszowałam się tym chłodem, który studził wszystkie moje negatywne emocje po tym co przed kilkoma minutami miało miejsce.

-"Dziękuję, że mi pomogłeś" -dopiero, gdy go usłyszałam, przypomniałam sobie, że przy barierce stoi tajemniczy Cień.
-Dałabym sobie radę sama
-Z całą pewnością- uśmiechnęłam się żałośnie.
-Oczywiście dziękuję, nie dałabym rady... Mimo wszystko, jednak dopominanie się podziękowań psuje twoją rycerską postawę- uśmiechnęłam się nieco szczerzej.
-Mimo wszystko to jednak nic wielkiego, w porównaniu do wyrwania cię z sideł Stuart'a.
-Wygrałeś Rycerzyku!
-"Rycerzyku"?- dopiero teraz odwrócił się tyłem do barierki i mogłam podziwiać jego przystojną twarz. Gwiazdy rozbłyskiwały w jego zielonych oczach. Usta natomiast rozchyliły się w szerokim uśmiechu, ukazując szereg białych zębów.
-Nie sypiacie ze sobą, prawda?
-Słucham? - zaskoczył mnie swoim pytaniem- Skąd takie pytanie? On jest ode mnie starszy o jakieś sto lat.
-Co takiego robisz na tym przyjęciu z NIM?
-Jestem jego asystentką i mamy się spotkać z jednym z klientów na mniej formalnym gruncie.
-Spotkanie z klientem? Gospodarz imprezy nie byłby zadowolony, że ktoś załatwia swoje interesy podczas jego imprezy.
-Ale to właśnie z Anthony'm Gregiem mieliśmy się spotkać. Niestety nic z tego, skoro Stuart jest zawiany.
-Obawiam się, że i tak nic by z tego nie było.
-Dlaczego?
-Bo Greg nie załatwia interesów na przyjęciach, a zwłaszcza jeśli sam je wydaje. Zresztą Stuart dobrze o tym wie bo się przyjaźnią.
-Skąd to wiesz? Jesteś menadżerem Grega, czy co ??
-Synem...


 ***



W końcu wzięłam się w garść i wróciłam po ponad miesięcznej nieobecności. Jednak czerwiec był dość pracowity. Początek lipca natomiast tak upalny, że wszelkie oznaki kreatywności zniknęły, dlatego też nie jestem usatysfakcjonowana tym rozdziałem :( Mimo wszystko, czekam na wasze opinie :) 

niedziela, 31 maja 2015

"Biblioteka- wersja kieszonkowa"


* Rozdział XII *



Dosłownie jak kadry z filmu...
***
Wychodziłam właśnie z budynku uczelni. Dzień był przepiękny. Pierwsze dni wiosny zaskakiwały pogodą. Słońce świeciło na niebie nieprzesłonionym ani jednym obłoczkiem.
Wyglądałam jak typowy nerd przedstawiany w komediach.  Rude włosy, wielkie okulary na nosie i książki. Pełno książek. Miałam ich ze sobą zdecydowanie za dużo. Dołóżmy do tego moją koordynacje ruchową... Tak, potknęłam się. Powiedzieć, że się przewróciłam to zdecydowanie za mało powiedziane. Ja runęłam. I to w dodatku z hukiem.

I właśnie wtedy się to wydarzyło. Właśnie wtedy spotkałam się z Nim po raz pierwszy.

Marcus pomógł mi wstać, a później pozbierać moją "bibliotekę- wersja kieszonkowa". Zrobiłam się czerwona jak burak. Byłam strasznie nieśmiała. Czas do końcówki pierwszego roku studiów to czas, kiedy ja i moja pewność siebie udawałyśmy, że się nie znamy.

Marcus był niezwykle przystojny. Miał w sobie coś niebezpiecznego. Imponowało mi to wtedy. Fakt, że zwrócił na mnie swoją uwagę ( no dobra, trochę mu pomogłam) pochlebiał mi.

Na początku byliśmy  koleżeństwem, później podążaliśmy w stronę przyjaźni.  Przy nim stawałam się inną sobą. Podobało mi się to, że koleżanki z roku zerkają na nas z zazdrością. No dobra starsze też tak patrzyły. Chociaż cały czas widziałam w ich spojrzeniu coś jeszcze poza zazdrością. Teraz domyślam się, że to było politowanie, współczucie, może ostrzeżenie...

Jakiś czas później zaryzykowaliśmy z miłością i zostaliśmy parą. Początki mi się podobały. Odważniej ukazywałam swoją atrakcyjność.  Duże okulary i wygodne, trochę workowate ubrania zastąpiły soczewki oraz dopasowane, wręcz obcisłe spodnie, krótkie spódniczki czy bluzki z okazałym dekoltem.

Z dostaniem się na uniwerek nie miałam problemu. Moje wysokie wyniki w nauce zapewniły mi pobyt tam oraz stypendium. Mama, która dość sceptycznie podchodziła do moich planów na początku, kiedy okazało się, że nie będzie musiała płacić całej kwoty, przystała na nie. Powiedziała też, że na jej pieniądze muszę sobie zasłużyć moją nauką.

Wszystko szło dobrze, aż do pojawienia się Marcusa. Ostatnie miesiące mojego pierwszego roku jednak zaprzepaściły moją szansę na pieniądze od mamy. Byłam przeciętna, bo zaczęłam imprezować i nie angażowałam się w zdobywanie wiedzy.

Ufałam mu bezgranicznie. Dzięki niemu nareszcie poczułam się doceniona. Mama zawsze była w stosunku do mnie dość chłodna. Nigdy nie rozumiałam co robię źle. Czy kiedyś powiedziałam coś co sprawiło jej przykrość? Może niewystarczająco dobrze się uczyłam? W końcu piątka czy czwórka to nie szóstka. Marcus sprawił, że czułam się kochana. NARESZCIE! NARESZCIE! Kiedyś czytałam w jakimś kobiecym piśmie, że kobieta wybierająca swojego mężczyznę, wybiera takiego, który przypomina jej ojca. ( Wiedząc co było kilka miesięcy później ganiłam się, że tak pomyślałam. Mój tata nie zachowałby się tak. Chociaż... Sama nie wiem... Chciałam wierzyć w to, że jest porządnym facetem. Jednak jedyne co o nim wiedziałam to to, że był i pewnego dnia już go nie było... )

Niebawem miał się zacząć drugi rok moich studiów. Wtedy właśnie popełniłam pierwszy błędny krok. Wtedy właśnie zgodziłam się na pożyczkę od mojego chłopaka. Tłumaczył, że jego rodzice są bogaci i lubią pomagać innym. Oczywiście użył też formułki ' Oddasz jak będziesz mogła". Pomagał mi w płaceniu za studia, za mieszkanie, kupował drogie prezenty, fundował liczne wycieczki. Kilka miesięcy później uznał, że to już najwyższy czas na spłatę długu. I zaczął się koszmar. Ze mną w roli głównej...
***
Zdjęłam z uszu słuchawki i zaszłam na dół do kuchni. Podeszłam do lodówki i wyjęłam butelkę schłodzonej, gazowanej wody.  Woda spływając do żołądka po drodze przyjemnie chłodziła. Orzeźwiała spierzchnięte usta i pobudzała zamglony umysł. Następnie podreptałam do salonu. Wyszukałam jakiś film.  Pomyślałam logicznie i doprowadziło mnie to do wniosku, że najlepszy będzie horror, bo nic tak nie odciągnie moich myśli od Marcusa jak ciekawa historia z dreszczykiem. Mój wybór padł ostatecznie na "Oczy Julii".

Tytułowa Julia walczyła nie tylko ze strachem związanym z grożącą jej ślepotą, ale tajemniczym człowiekiem czyhającym na jej życie. Problem polegał na tym, że morderca, którego widziała, był  niewidoczny dla innych.

To był dobry wybór. Skupiając się na filmie przestałam się dręczyć przeszłością.

Rano obudziłam się na kanapie, cała połamana. Wstałam i rozprostowałam plecy . Kiedy ból ustąpił usłyszałam dziwny dźwięk. Po obejrzeniu takiego horroru jak ten obejrzany przeze mnie w nocy miałam dziwne myśli. Jednak po długim rozmyślaniu doszłam do tego, że po prostu burczy mi w brzuchu. Uśmiechnęłam się do siebie. Postanowiłam natychmiast temu zaradzić. Salon od kuchni dzieliło zaledwie kilka kroków. Przemierzyłam je ekspresowo. Nastawiłam czajnik z wodą, która była niezbędna do przyrządzenia kawy. Otworzyłam drzwiczki lodówki i ze smutkiem stwierdziłam, że nie ma nic do jedzenia .( Jest to całkiem normalne, kiedy lodówka jest po świeżo zrobionych zakupach i wypełniona po brzegi, prawda?)Zdecydowałam się na naleśniki z Nutellą i serkiem śmietankowym.

Kończyłam ostatni placuszek. Nagle coś do mnie dotarło. Przecież wzięłam ostatnio trochę roboty papierkowej do domu. Znów poczułam się jak licealistka, która nie odrobiła pracy domowej.
Popędziłam do swojego pokoju, usiadłam przy biurku i sporządziłam kilka rozliczeń. Ułożyłam włosy, nałożyłam makijaż, ubrałam się. Była ósma pięćdziesiąt pięć, więc złapałam dokumenty i już miałam wychodzić, kiedy mama zatrzymała mnie w progu. Miała na sobie kremowy szlafrok i turban na włosach.

-Dokąd idziesz o tej porze?
-Jak to dokąd?  Do pracy. I już jestem spóźniona.
-Do pracy?
-Tak, do pracy. Od kilku tygodni pracuje jakbyś nie zauważyła.
-Ale w niedzielę?
-O cholera!- wyszłam na kompletną idiotkę. To wszystko przez te wstrętne papiery. Wprowadziły mnie w taki pracowniczy nastrój.
-Bardzo polubiłaś tę pracę.- Mama miała w oczach rozbawienie.

Chwilę później obie śmiałyśmy się do rozpuku. To było takie normalne dla tych wszystkich idealnych matek i córek przedstawianych w telewizji, a takie inne dla nas.

-Przepraszam mamo- Uśmiechnęłam się łagodnie.